sobota, 1 sierpnia 2015

Rozdział 8

On:
Dziewczyna od kawy okazała się całkiem niezłą tancerką. Muszę przyznać, że czas w jej towarzystwie mijał mi naprawdę szybko. Już po chwili wspólnej zabawy zapomniałem o wszystkich dręczących mnie sprawach. Ona także wyglądała na zadowoloną, nawet nie spoglądała w stronę Andrzeja, który chyba stracił już kontakt ze światem za pośrednictwem białego trunku. Jeżeli mu na niej zależało, to powinien okazywać jej więcej uczucia. Kiedy melodia jednej z piosenek umilkła zaproponowała, żebyśmy gdzieś wyszli. Byłem zaskoczony i nawet nie starłem się tego ukryć, jednak chwilę później kroczyliśmy ulicami Bełchatowa pochłonięci luźną rozmową. Nie wydawało mi się, aby kiedykolwiek mogło połączyć nas coś więcej, niż koleżeńskie relacje, ale wydawała się być sympatyczną osobą. Popatrzyłem na nią. Światło latarni oświetlało jej twarz nadając blasku. Poruszała się delikatnie, dziewczęco. Zupełnie inaczej, niż chociażby Zosia, która zawsze stawiała zdecydowane, pewne kroki.  Z zaskoczeniem uzmysłowiłem sobie, że bardziej podoba mi się styl chodzenia Anity. Miała w sobie coś, co przyciągało uwagę, hipnotyzowało. Nie byłem pewien, czy to ta nocna atmosfera, czy faktycznie zaczynała mi się podobać. Szybko odwróciłem wzrok, kiedy spostrzegłem się, że dziewczyna także mnie obserwuje, zapewne zaintrygowana faktem mojego wpatrywania się w nią. Przez chwilę dokładnie oglądałem sklepowe witryny, w których i tak niewiele było widać, gdyż każdą przyćmiewała ciemność.
-Może skoczymy na kebaba?- moje rozmyślania przerwał głos dziewczyny
Odwróciłem się dostrzegając małą budkę czynną prawdopodobnie całymi dniami i nocami. Uznałem, że raz mogę nagiąć zasady mojej diety i zgodziłem się. Obsługa okazała się być naprawdę miła, a kebab smakowity. Już dawno nie jadłem czegoś tak niezdrowego i kalorycznego. Życie sportowca nie rozpieszczało pod tym względem.
-Coś nie tak? – spytała nagle przerywając ciszę między nami
-Nie, czemu?- odpowiedziałem odruchowo zapominając, o tym, że mam pełne usta, za co skarciłem się w duchu
-Jakiś taki nieobecny jesteś- odparła zatroskanym tonem
-Zosia nie dzwoni- powiedziałem tak cicho, jakbym nie chciał, żeby ktokolwiek usłyszał, co mówię
-Po pierwsze pewnie zabawia ją twój znajomy. Po drugie, w końcu jest twoją dziewczyną, więc nic nie zrobi, a po trzecie- urwała nagle – Zgubiłam się, za późno na myślenie –dodała po chwili
Poczułem się głupio rozmawiając z nowo poznaną dziewczyną o innej przedstawicielce płci żeńskiej. Nie powinienem był tego robić. Poza tym mogła uznać mnie za tchórza i nieporadnego chłopczyka. Nie chciałem, żeby ludzie tak mnie postrzegali i starałem się udowadniać swoją męskość, ale właśnie w tamtym momencie poczułam, jak bardzo odpowiadam tym cechom. Gdzieś w środku, pod każdą warstwą, kolejnymi maskami kryje się prawdziwy Kacper. Zwykły, młody chłopak, który próbuje odnaleźć się w dorosłym życiu, poradzić z kolejnymi problemami dnia codziennego, zostać zaakceptowanym przez innych. Pochłonięty przez świat sportu, w tym szalonym wirze zatracający najlepsze lata swojego życia tylko po to, żeby spełniać marzenia swoje i rodziców, zarobić na dostatnie życie, a w końcu, za jakieś dziesięć lat osiąść wreszcie w jednym miejscu, założyć własną firmę i zacząć wszystko od nowa. Najzwyklejszy dwudziestolatek przeżywający swoje zawody miłosne, wciąż uczący się o samym sobie. To, że powiedziałem jej o tym, co naprawdę siedziało mi w głowie, nawet tak cicho i nieśmiało, zamiast udawać, że nic się nie stało było wręcz niemożliwe przy kimkolwiek innym. Nie wiem, czy to ta nocna aura, czy je osoba tak na mnie podziałały, ale wreszcie odetchnąłem pełną piersią. Byłem sobą, zdjąłem maski. Uśmiechnąłem się do niej, chcąc w jakiś sposób podziękować za to, że pozwoliła, aby stało się coś, czego do tej pory nie potrafię opisać słowami.
-Ty nie sprawiasz wrażenia, jakbyś martwiła się o Wronę- parsknąłem lekko, chcąc zażartować
-To duży chłopak, poradzi sobie. Jak nie on, to Karol, nie muszę się martwić- machnęła ręką i wzruszyła ramionami
-Jesteś na niego zła? – spytałem wyczuwając napięcie w jej głosie, kiedy o nim mówiła
-Trochę- stwierdziła- Nie miałam ochoty dziś wychodzić, więc – urwała –Sam widzisz.
-Jesteś w towarzystwie człowieka, którego twój chłopak nie trawi- zaśmiałem się, niczym człowiek opowiadający o tym, jak stracił swoją fortunę
-Zauważyłam- stwierdziła bez zbędnych grzeczności- Co nie zmienia faktu, że zaczynam cię lubić Kacper- popatrzyła na mnie z przyjacielską czułością wypisaną na twarzy. Ty – złapała się za głowę- Ja to naprawdę powiedziałam? Za mało snu, za mało- zaśmiała się w najbardziej melodyjny sposób, jaki można sobie wyobrazić
-Lubisz mnie? – chciałem się upewnić, czy się nie przesłyszałem
-Odrobinę- wskazała niewielką odległość między palcami – To znaczy, że będę wredna, chamska i nieprzyjemna –dodała, a ja wiedziałem, że wszystko między nami jest na właściwym miejscu
Dopiero zauważyłem, że od pewnego czasu zmierzamy w kierunku budynku, w którym zapewne mieszkała.
-Czemu?- spytałem trochę udając zaskoczonego, a trochę faktycznie nim będąc
-Bo jeśli taką mnie tolerujesz, to będziesz tolerował też tę lepszą część mnie- uśmiechnęła się
-To bezsensu- pokręciłem głową, ale nie jestem pewien, czy to usłyszała, bo w tym samym momencie zniknęła za drzwiami.
***
Wspomnienie tamtej nocy wciąż siedziało w mojej głowie i byłem wręcz pewny, że mam je wypisane na twarzy, więc unikałem wzroku Andrzeja na kolejnym treningu, jednak on chyba nadal nie wiedział, że jego dziewczyna zaledwie kilka dni temu, spacerowała nocą po Bełchatowie z chłopakiem, który równie niedawno opluł mu koszulkę. Uśmiechnąłem się pod nosem.
-Masz więcej takich koleżanek? –spytał mnie po treningu Conte, zdecydowanie podkreślając trzecie słowo, a ja odruchowo skrzywiłem się na myśl, że ktoś może w ten sposób mówić o Zosi
-Widzę, że się polubiliście- odparłem lekko ozięble.
-Oj tak, oj tak- przeciągnął – Muszę ci powiedzieć, że całkiem nieźle całuje –dodał patrząc na mnie w oczekiwaniu na jakąkolwiek reakcję
Nie chciałem tego wiedzieć. Od razu wyobraziłem sobie Zosię w objęciach Facundo obrzydliwie obściskujących się, a przecież znających od zaledwie kilku godzin. Zrobiło mi się niedobrze, poczułem, że krew odpływa mi z twarzy i zacisnąłem pięści. Miałem ochotę przyłożyć mu w tę jego twarzyczkę. Wykorzystał ją- przeszło mi przez myśl, a potem uzmysłowiłem sobie, że kiedy widziałem ją ostatni raz nie wyglądała nie nieszczęśliwą.
-Powiedziała, że nie jesteście parą, po prostu nie miałeś z kim przyjść – dodał po chwili, aby się usprawiedliwić
Minęły może dwie minuty zanim to do mnie dotarło. Conte nie chciał dopiec mi jeszcze bardziej, po prostu zrozumiał, że powiedział coś nieodpowiedniego. Ona wyraziła zgodę na wszystko, co między nimi zaszło.
-No właśnie, nie jesteśmy parą – powiedziałem po chwili i skarciłem się w duchu za to, że mój głos nie brzmiał wystarczająco beztrosko – Cieszę się, że się dobrze bawiliście- powiedziałem zdecydowanie zbyt niepewnie, po czym przybiłem mu piątkę, rzuciłem jakieś krótkie: „Cześć” i odwróciłem się, żeby ukryć łzy, które zbierały się w kącikach moich oczu. Sam nie wiedziałem, czy pojawiły się ze złości, smutku, czy bezsilności. Zosia nie opowiadała mi o szczegółach imprezy. Powiedziała tylko, że świetnie się bawiła, teraz rozumiem, co miała na myśli.
Próbowałem oczyścić umysł podczas spaceru, plącząc się bez pomysłu po Bełchatowie. Po jakimś czasie zauważyłem, że odruchowo kieruję się w stronę bloku, gdzie widziałem ją ostatni raz. Jakaś głęboko ukryta część mnie chciała znowu spotkać Anitę. Stłumiłem w sobie te pragnienie i spuściłem wzrok przechodząc obok jej klatki. Nagle poczułem, że wpadam na kogoś, a coś gorącego ląduje na mojej bluzie. Zakląłem pod nosem i spojrzałem w górę. Mimo że miałem naprawdę okropny humor, a moje serce rozleciało się na kawałki zaledwie kilka godzin temu parsknąłem niepohamowanym śmiechem. Przede mną z poczuciem winy i lekką złością wymalowanymi na twarzy stała Anita. Jednak chwilę później moja reakcja udzieliła się jej na tyle, że sama prawie płakała ze śmiechu.
-Witaj dziewczyno od kawy – powiedziałem uśmiechając się najpierw unosząc jeden kącik ust do góry, a potem drugi
-Witaj chłopaku ze znowu poplamionym ubraniem – puściła mi oczko wciąż pozostając w bardzo małej odległości od mojego torsu
Ona:
 - Wstawaj Anita, masz zajęcia za dwie godziny! – bestialsko budzi mnie Kłos.

 - Idioto, dziś sobota i nie mam zajęć! – warczę.
 - Oj tam, oj tam – szczerzy się jak głupi i ucieka.
Nie chce mi się wstawać, ale też nie zasnę. Moje myśli ciągle kołują wokół ostatniej imprezy. Minęło już pewnie parę godzin, a ja ciągle wracam do tego, co tam się stało. A właściwie co stało się po tym jak ją opuściłam.
Parę godzin wcześniej:
 - Może gdzieś pójdziemy? – rzuciłam lekko propozycję.
 - Jak to: pójdziemy gdzieś? – zdziwił się Kacper.
 - Normalnie – przewróciłam oczami. – Zauważ, że tańczymy pewnie z piąty raz i ani twoja dziewczyna, ani szanowny Andrzej nic nie zauważyli. Równie dobrze możemy wyjść.
 - Nie boisz się chodzić nocą po Bełchatowie? – popatrzył sceptycznie.
 - Zakładam, że pójdziemy gdzieś razem, a przy takim towarzyszu, chyba nikt mnie nie będzie zaczepiał – prychnęłam. – Te nadprogramowe centymetry, które podarowała ci Matka Natura, chyba się na coś w końcu przydadzą.
 - Skoro tak stawiasz sprawę – zamyślił się. – To czemu nie, ale co z Conte?
 - Powiem dziewczynie Włodarczyka, żeby powiedziała zarówno jemu, jak i Andrzejowi i tej tam twojej… – zaczęłam.
 - Zosi – syknął.
 - …Zosi, że nas nie ma – i odeszłam w poszukiwaniu wiadomej dziewczyny.
Zaraz też szłam ramię w ramię z Kacprem i przypatrywałam się miastu nocą. Niby znałam już Bełchatów nocą, jednak ciemność owiała wszystko tajemnicą. Piękne było to miasto.
 - Może skoczymy na kebaba? – zaproponowałam, widząc budkę.
 - Czemu nie – powiedział Piechocki.
 - Coś nie tak? – spytałam, gdy szliśmy dalej zapatrzeni w turecką potrawę.
 - Nie, czemu? – powiedział z pełnymi ustami, mimo to zrozumiale.
 - Jakiś taki nieobecny jesteś – odparłam. Oho, zaczynam być miła. Muszę się położyć, zmęczona jestem.
 - Zosia nie dzwoni – powiedział cicho, gdy przełkną.
 - Po pierwsze, pewnie zabawia ją twój znajomy – zaczęłam. – Po drugie, w końcu jest twoją dziewczyną, więc nic nie zrobi, a po trzecie… zgubiłam się. Za późno na myślenie.
Uśmiechnął się. Znów do góry poszedł najpierw prawy kącik ust, potem lewy… Anita, ogarnij się, masz Andrzeja.
 - Ty nie sprawiasz wrażenia, jakbyś martwiła się o Wronę – parsknął.
 - To duży chłopak, poradzi sobie – powiedziałam. – Jak nie on, to Karol. Nie muszę się martwić.
 - Jesteś na niego zła? – bardziej spytał niż stwierdził.
 - Trochę, nie miałam ochoty dziś wychodzić, więc… – zrobiłam nieokreślony gest ręką. – Sam widzisz.
 - Jesteś w towarzystwie człowieka, którego twój chłopak nie trawi – zaśmiał się gorzko.
 - Zauważyłam – przytaknęłam. – Co nie zmienia faktu, że zaczynam cię lubić Kacper. Ty, ja naprawdę to powiedziałam? Za mało snu, za mało…
 - Lubisz mnie? – zaśmiał się, tym razem naprawdę.
 - Odrobinę – pokazałam odległość między palcami. – To znaczy, że będę wredna, chamska i nieprzyjemna.
 - Czemu? – zdziwił się.
 - Bo jeśli taką mnie tolerujesz, to będziesz tolerował też tą lepszą część mnie – uśmiechnęłam się i weszłam do klatki. Kacper stał jeszcze przez chwilę. A potem poszedł.

***
 - Cześć Słońce – usłyszałam Andrzeja i mimowolnie się skrzywiłam. – Coś nie tak?
 - „I kiedy mówisz do mnie Słońce, traktuję to co nieco opatrznie, ty jesteś jednym a ja drugim końcem daleko nam do siebie strasznie” – zanuciłam.
 - Dobrze, już nie będę tak mówił – ciągle próbował mnie udobruchać po tej imprezie. Przytuliłam go. Niech ma.

Rozdział 7

Ona:
Miesiąc później:
 - Nie wiem, czy chce mi się iść – powiedziałam Andrzejowi. – Wolałabym zostać na kanapie, w domu, przed telewizorem…
 - Anitko, wszyscy przychodzą. Z dziewczynami – zaczął jęczeć. – Chyba nie wystawisz mnie na pośmiewisko.
 - Zastanowię się – naburmuszyłam się. – Cześć.
Poszłam do siebie. Nie chciało mi się siedzieć z Andrzejem. Miałam trochę gorsze dni i naprawdę nie chciało mi się iść na tą imprezę. Trzasnęłam drzwiami, ale chyba nie zauważył. Warknęłam tylko wściekła i znów trzasnęłam (tym razem swoimi drzwiami). Położyłam się na łóżko i odetchnęłam spokojnie. Zamknęłam oczy i zaczęłam oddychać.
 - Już nie jesteś zła? – wszedł po chwili Andrzej.
 - Ciągle jestem – prychnęłam.
 - No nie daj się prosić – zrobił minę zbitego psa.
 - Jak będę żałować, to oberwiesz! – prychnęłam.
***
Byłam na tej cholernej imprezie już dłuższy czas. Na razie było znośnie. Rozmawiałam z resztą partnerek siatkarzy. Niestety Andrzeja zagarnął mi Kłos, ponieważ Ola zachorowała. Nie jestem pewna, czy delikatna, letnia sukienka była odpowiednia, ale razem z moją nową dżinsową kurtką wyglądała idealnie. Nie mogłam doczekać się aż ją założę, więc to zrobiłam.
Nagle go zauważyłam. Kacper. Przyszedł z jakąś dziewczyną. Ładna, przykuwa spojrzenia kolegów. Uśmiechnęłam się pod nosem i wróciłam do rozmowy z dziewczyną Uriarte.
***
 - … to po co mnie brałeś! – prychnęłam rozzłoszczona i odeszłam na kanapę.
Andrzej oczywiście siedział z kolegami i nie dało się go wyciągnąć na parkiet. Siadłam wkurzona i zła. Choć to pewnie to samo. Nie miałam z kim gadać, bo reszta albo sobie gruchała, albo tańczyła. Andrzej, odpowiesz mi za ten najgorszy wieczór w tym mieście! Mimo to, było ładnie. Łagodne światło ulic wlewało się do mieszkania, a kolorowe światła przydawały jakiegoś innego wymiaru temu mieszkaniu. Delikatne zarysy postaci, cienie, które miały więcej gracji niż ich właściciele.
Jednak w tym momencie coś innego przykuło moją uwagę. Blond czupryna rozglądająca się po całym mieszkaniu. W tym świetle wyglądał jak aniołek. Światło oświetlało go, w taki sposób, że nie widziałam wyrazu jego twarzy. Gdy zaczął się zbliżać uśmiechnęłam się. Jednak nie odezwałam. Niech się pomęczy.
-Nie wydaje ci się zabawne, że rozmawialiśmy ze sobą już dwa razy, a wciąż nie znamy swoich imion? – prychnęłam w głowie. Ja znałam jego imię.
-Może po prostu podświadomie wiemy, że jeszcze się spotkamy, więc mamy czas? – popatrzyłam delikatnie w jego kierunku. Może ten wieczór nie jest aż tak bardzo stracony?
-Tym razem to ja wyleję na ciebie kawę? – spytał.
-Ile razy mam cię za to przepraszać? – matko, ile można wypominać JEDNĄ rzecz.
-Nie chciałem, żeby to tak zabrzmiało, przepraszam – powiedział – Ale mam na sobie tę samą koszulę, gdybyś chciała się wyżyć.
Moja ręka mimowolnie powędrowała do kubka. Nim zdążyłam przemyśleć sprawę, mój napój wylądował na koszuli Kacpra. Wolałabym, żeby tu siedział Andrzej.
-Przecież żartowałem! –krzyknął, a w naszą stronę zwróciły się oczy kilku obecnych.
-Przecież wiem – uśmiechnęłam się ze złośliwą satysfakcją. Nie będę miła… ciągle.
Posłał mi spojrzenie pełne nagany.
-Anita – wyciągnęłam rękę.
Widziałam, że był wściekły. Jednak po chwili się opanował, wziął wdech i…
-Kacper – odwzajemnił uścisk.
-Poczekaj, wytrę ci to – sięgnęłam po serwetkę.
-Nie trzeba – zaczął, ale co mnie to – Wystarczy.
Udał się w stronę łazienki. Zauważyłam jego wzrok. Patrzył na tą swoją dziewczynę. Facu nie spał, korzystał z okazji. Żal mi się zrobiło Kacpra, więc podreptałam cicho za nim. Andrzej i tak nie zauważy. Pomyślałam chwilę i zapukałam.
Spotkałam się z wymownym spojrzeniem libero. Rzadko kto patrzył mi prosto w oczy.
-Przepraszam? – stwierdziłam, że pytanie będzie lepsze niż oznajmienie.
-Myślisz, że tak łatwo ci wybaczę? – spytał.
-Owszem – pewność siebie ze mnie promieniowała chyba. Ale czasem taka już byłam,
Znów tak uroczo się uśmiechnął. Najpierw do góry szedł prawy kącik, a potem lewy. Skrzyżował ręce. I patrzyliśmy się na siebie. Ot tak, po prostu. Zaczynałam go lubić, ale niech nie liczy na taryfę ulgową.
-Twój chłopak będzie się o ciebie martwił – powiedział po chwili, a mnie dopadła mała fala wściekłości.
-Aktualnie w to wątpię, tak, jak w tęsknotę twojej dziewczyny – odparowałam z przekąsem.
-Pewnie masz rację – chyba trochę za ostro to powiedziałam, bo się zasmucił – Zatańczysz? – dodał po chwili przygaszony.
-Mam nadzieję, że jesteś w tym dobry, bo nie mam ochoty popsuć sobie tego wieczoru jeszcze bardziej – obdarowałam go jednym ze swoich bardziej wyjątkowych uśmiechów. Co Andrzej zepsuł, Kacper będzie naprawiał. Przynajmniej dziś.
On:
Moje życie było ostatnimi czasy bardzo nudne, toteż niezwykle ucieszyłem się na wieść o nadchodzącej imprezie u Conte.
Kilka dni wcześniej:
-Masz jakieś plany na sobotę? – Facundo zatrzymał mnie, gdy wychodziłem z hali
-Raczej nie- zastanowiłem się
-No tak, po co pytam- przewrócił oczami
Wykrzywiłem usta lekko urażony. Miałem wrażenie, że Argentyńczyk wbił właśnie mały sztylecik w moje serce. Musiał zauważyć moją reakcję, bo przez chwilę milczał.
-Oj tam, wiesz, o co chodzi- podrapał nerwowo tył głowy –Robię imprezę, mam nadzieję, że przyjdziesz. Większość będzie z dziewczynami- puścił mi oczko – Raczej nie muszę tłumaczyć. Do zobaczyska! –uniósł dłoń wysoko w geście pożegnania
***
Naszej drużynie powodzi się naprawdę dobrze, ale wiadomo, że człowiek nie jest robotem. Po wielu tygodniach ciężkiej pracy potrzebuję rozrywki. Należy mi się za wczorajszą wygraną. Uśmiechnąłem się pod nosem. Jedynym problemem był fakt, iż nie miałem z kim iść na imprezę do Conte. Rozmawiałem o niej z Zosią, ale raczej w formie żartu. Tak bardzo chciałbym, żeby przyjechała. Pragnę przytulić ją do siebie, odetchnąć zapachem jej delikatnych włosów, poczuć ciepło wypełniające moje ciało, kiedy tylko ją widzę. Jestem tchórzem. Ilekroć myślę o niej, tyle razy dochodzę do podobnych wniosków, zapomnieć też nie potrafię. Upiłem łyk wody i pokręciłem głową. Udałem się do swojego pokoju, żeby wybrać odpowiedni strój na wieczór. Zależało mi na tym, żeby dobrze wyglądać. Wyciągnąłem swoją najlepszą koszulę w kratę. Odruchowo pomyślałem o dziewczynie od kawy. Zaśmiałem się pod nosem. Po plamie nie było już śladu, ale zastanawiałem się, czy dzisiaj także zaleje moje ubranie jakimś napojem. Jestem pewien, że przyjdzie z Wroną. Doskonale pamiętam jego pełne nienawiści spojrzenie, kiedy rozmawiałem z dziewczyną. Możliwe, że dzisiaj wreszcie poznam jej imię. Byłoby miło, gdyby widniała w mojej głowie pod jakąś specjalną nazwą, chociaż „dziewczyna od kawy” bardzo mi się podoba. Nałożyłem koszulę i właśnie zaczynałem ją zapinać, kiedy usłyszałem pukanie do drzwi. Pomyślałem, że to któryś z chłopaków, więc otworzyłem je nie przejmując się faktem, iż część mojego torsu wystaje spod materiału. Otworzyłem drzwi i zastygłem w bezruchu.
-Piechu! – rzuciła mi się na szyję
-Zo-Zośka – wyjąkałem zaskoczony jednocześnie obejmując ją
Przez chwilę staliśmy, niczym dwa posągi. Wtuliłem się we włosy dziewczyny, a jej głowa spokojnie dotykała mojego torsu. Czerwone loki niesfornie układały się na moim nosie. Czułem, jak głęboko oddycha.
-Tęskniłam niedźwiedziu – uśmiechnęła się spoglądając mi głęboko w oczy
-Wypraszam sobie, moja figura jest w porządku.
Przekręciła głowę na bok, a jej niebieskie tęczówki błyszczały, niczym letnie, nocne niebo.
-Cieszę się, że przyjechałaś, nie spodziewałem się- westchnąłem rozkładając ręce
-Nie mogłam pozwolić, żeby mały Kacperek stał się pośmiewiskiem w drużynie, bo przyjdzie na imprezę bez dziewczyny.
-Poradziłbym sobie.
-W takim razie, gdzie jest twoja wybranka? –założyła ręce spoglądając na mnie
Zrobiłem minę smutnego chłopca i wzruszyłem ramionami. Zaśmiała się serdecznie.
-Pokaż mi gdzie jest łazienka, muszę być najpiękniejsza- puściła mi oczko- A przy okazji załatw jakieś żelazko – popatrzyła na moją koszulę z niesmakiem
***
-Cześć!- rozbawiony gospodarz otworzył nam drzwi- Wchodźcie – spojrzał na nas z ogromnym zaskoczeniem
Kiedy Zosia pewnym krokiem weszła w głąb mieszkania, Conte poklepał mnie w ramię.
-Nie wiem, gdzie znalazłeś taką dziewczynę, ale jeżeli poczuje się samotna, to wujek Facundo będzie na miejscu – powiedział wpychając mi piwo do ręki
Nim zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć odszedł kręcąc biodrami, jak profesjonalna tancerka. Z dumą i niemałą pewnością siebie upiłem pierwszy łyk procentowego napoju i wszedłem w głąb mieszkania. Widziałem zazdrosne spojrzenia chłopaków z drużyny, kiedy Zosia całowała mnie w policzek. Muszę przyznać, że perfekcyjnie odgrywała swoją rolę. Rozejrzałem się po mieszkaniu i zobaczyłem najbardziej interesującego mnie gościa- dziewczynę od kawy. Wyglądała naprawdę ładnie. Zwiewna sukienka idealnie podkreślała jej szczupłą figurę, a jasna, jensowa kurteczka dopełniała kompletu. Odwróciłem wzrok. Być może później porozmawiam z nią przez chwilę. Teraz postanowiłem dobrze się bawić, nic więcej.
***
-Fantastycznie odgrywasz swoją rolę – prawie wykrzyczałem podczas tańca
-Z tobą, to sama przyjemność.
Uśmiechnąłem się lekko. Kątem oka widziałem Conte, który już zbliżał się, żeby odbić mi partnerkę. Po kliku godzinach podrygiwania w rytm muzyki i paru drinkach byłem naprawdę zmęczony, poza tym powinienem pozwolić jej bawić się nie tylko ze mną, postanowiłem więc, że nie będę zbytnio protestował. Zosia zdawała się być niezwykle zadowolona, kiedy zostawiałem ją w objęciach Facundo. Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Zauważyłem, że siedzi na kanapie w rogu zupełnie sama. Dwa razy nie trzeba było mi powtarzać. Po chwili byłem już obok dziewczyny. Na mój widok uśmiechnęła się, ale nic nie powiedziała. Być może liczyła, że to ja zacznę rozmowę, albo uznała, że nie powinniśmy wdawać się w zbyt grzecznościowe frazesy.
-Nie wydaje ci się zabawne, że rozmawialiśmy ze sobą już dwa razy, a wciąż nie znamy swoich imion?
Popatrzyłem na nią. Wpadające przez okno światło księżyca oświetlało kawałek skąpanej w ciemności, delikatnej twarzy dziewczyny. Piękną grę światłocieni przerywały dyskotekowe światła.
-Może po prostu podświadomie wiemy, że jeszcze się spotkamy, więc mamy czas? – odpowiedziała uśmiechając się lekko
-Tym razem to ja wyleję na ciebie kawę? –spytałem unosząc brew ku górze
-Ile razy mam cię za to przepraszać? – wyczułem w jej głosie zażenowanie
-Nie chciałem, żeby to tak zabrzmiało, przepraszam- odparłem-Ale mam na sobie tę samą koszulę, gdybyś chciała się wyżyć.
Nim zdążyłem zaprotestować ciemny, gazowany napój wylądował prosto na moim ubraniu.
-Przecież żartowałem! –krzyknąłem tak, że kilka osób spojrzało w naszym kierunku
-Przecież wiem –uśmiechnęła się złośliwie
Spojrzałem na nią z oburzeniem.
-Anita – podała mi dłoń
Zmrużyłem oczy. Byłem na nią wściekły i mógłbym odejść bez słowa, ale moje dobre wychowanie nie pozwalało mi na to.
-Kacper –uścisnąłem rękę dziewczyny
-Poczekaj, wytrę ci to –wzięła do ręki serwetkę
-Nie trzeba- powiedziałem, ale ona zupełnie mnie zignorowała – Wystarczy –dodałem po chwili udając się w stronę łazienki. Kątem oka zauważyłem Facundo, który w najlepsze flirtował z Zosią. Wyglądali, jakby mieli się zaraz pocałować. Nie chciałem tego oglądać, więc szybko odwróciłem wzrok.
Wszedłem do sporego pomieszczenia, w którym znajdował się prysznic i umywalka. Spojrzałem w lustro i usłyszałem pukanie do drzwi. Po chwili weszła do środka i spojrzała mi w oczy, a ja uniosłem brew ku górze.
-Przepraszam? –bardziej spytała, niż odparła
-Myślisz, że tak łatwo ci wybaczę?
-Owszem– odparła pewnie
Uniosłem kącik ust, ku górze i założyłem ręce na piersiach. Przez dłuższą chwilę patrzyliśmy na siebie bez jakiegokolwiek skrępowania.
-Twój chłopak będzie się o ciebie martwił – przerwałem ciszę
-Aktualnie w to wątpię, tak, jak w tęsknotę twojej dziewczyny.
-Pewnie masz rację – odparłem czując, jakby moje serce ponownie przeszywał sztylet – Zatańczysz? –spytałem zrezygnowany
-Mam nadzieję, że jesteś w tym dobry, bo nie mam ochoty popsuć sobie tego wieczoru jeszcze bardziej- uniosła kącik ust ku górze

Rozdział 6

On:
Co drugi „przepyszny” deser lądował na koszulce Wrony, więc nie zdziwiłem się, kiedy zamienił się z Kłosem, a odchodząc posłał mi niechętne spojrzenie. Uśmiechnąłem się pod nosem. Byłem z siebie dumny. Pokazałem, że jestem facetem i zapewniłem sobie uznanie zespołu, może tylko z wyjątkiem Wrony. Noc faktycznie była długa, bo chcąc, czy nie musiałem zjeść, choć minimalne porcje, a mój żołądek nie wydawał się zadowolony, podobnie zresztą, jak trener następnego dnia.
-Kacper, wyglądasz, jak siedem nieszczęść.
-Dzięki trenerze, dobre słowo z rana, to podstawa – uśmiechnąłem się przesadnie
-Za trzy godziny gramy mecz, a ty wyglądasz jakby coś cię zwymiotowało –bezradnie rozłożył ręce
-Raczej on – podśmiewał się Kłos
-Ty się Karol nie odzywaj, bo to pewnie twoja sprawka.
-Szefie, nowy kolega w zespole, trzeba było umilić mu życie, szefuncio rozumie – z każdym słowem Włodarczyka Falasca kiwał głową z coraz większym zrozumieniem
Przez chwilę nic nie mówił, jedynie spoglądał rozmarzonym wzrokiem w sufit hali.
-To były czasy…-westchnął- Dobra, Kacper podałem już skład, więc musisz zagrać. Jak zwymiotujesz na boisko, to wstyd na całą Polskę, ale dla ciebie-popatrzył na mnie z lekkim współczuciem –Ruszamy się!-krzyknął po chwili
***
Najważniejsza informacja jest taka, że nie zwymiotowałem, chociaż było ciężko. Na szczęście wygraliśmy w trzech setach, więc moje męki były krótkie. Kolejnymi pozytywnymi faktami są te, że powitanie w drużynie mam już za sobą i moje stosunki z chłopakami się poprawiają. Drużyna się do mnie przekonała, zapraszają, kiedy idą na piwo, a na treningach włączaj do rozmów. Życie kręci się wokół siatkówki. Od meczu, do meczu, od treningu, do treningu w tym szale nie ma czasu na spotkania ze znajomymi, randki, czy śluby. Mimo to ostatnim pomysłem kolegów z obrączką na palcu jest znalezienie wszystkim innym niezajętym partnerki na całe życie. Wynikają z tego całkiem zabawne sytuacje. Na przykład Conte, umówił się ostatnio z dziewczyną poznaną przez Internet. Pisała, że jest wysoką, szczupłą blondynką, a tymczasem na spotkanie przyszła kobieta ledwo mieszcząca się na restauracyjnym krzesełku za to bardzo rada faktem, iż Facundo jest sportowcem, co jak sama ujęła oznacza, że: „Może mieć tyle drogich rzeczy”. Dla swojego bezpieczeństwa towarzystwo amorów postanowiło na jakiś czas odpuścić Conte randki. Na moje nieszczęście byłem następny na ich liście.
***
-W porządku, koniec na dzisiaj. Nie zapomnijcie odwiedzić prysznicy i pamiętajcie o mydle.
-Ależ z ciebie śmieszek Miguel!- krzyknął Kłos
-Ty szczególnie nie zapomnij o wodzie!
Gromki wybuch śmiechu wypełnił cztery ściany bełchatowskiej „Energii”. Karol udawał obrażonego, ale chwilę później ciągnąc kabaret wyszedł pełnym wdzięku krokiem kręcąc przy tym ręcznikiem.
Przez cały trening na trybunach siedziała całkiem ładna dziewczyna, co dla moich kolegów było bodźcem do działania. Byłem naprawdę zadowolony, że możemy już iść, bo chłopaki właśnie zaczęli szukać zespołu na nasze wesele. Miałem wrażenie, że na kogoś czeka, w prawdzie na nasze treningi przychodzili kibice, ale nie wyglądała na fankę. Do tego towarzyszyło mi przekonanie, że skądś ją znam. Jakby urywek snu, spojrzenie trwające sekundę, te najbardziej magiczne zapadające w pamięć na lata.
-Kacperku, teraz grzecznie podejdziesz do ładnej pani i – zaczął pouczać mnie Winiarski
-Naprawdę liczycie, że ktoś się was posłucha? – spojrzałem na niego z wielki powątpiewaniem
-Widzę typ niepokorny – milczał przez około minutę – Dobra, idź!- popchnął mnie prosto na niczego nieświadomą dziewczynę
-Prze-przepraszam- wyjąkałem – Głupie żarty kolegów – wzruszyłem ramionami- Znamy się? – postanowiłem wyjaśnić męczącą mnie kwestię
Odpowiedziało mi momentalne zaczerwienie się policzków nieznajomej. Pokiwałem głową.
-Wszystko jasne- wskazałem na nią palcem równie oskarżycielsko, co triumfalnie –To ty wylałaś na mnie kawę!
-Teraz jesteśmy kwita. Ja wpadłam na ciebie, ty na mnie- uśmiechnęła się nieśmiało
Odpowiedziałem jej uniesieniem kącików ust. Naprawdę rozczuliło mnie jej zakłopotanie.
-Może to nie przypadek? –chciałem rozładować napięcie
-Myślisz, że mamy razem uratować świat? – zaśmiała się
-Kto wie?- napiąłem muskuły
W tym momencie do nieznajomej podszedł doskonale mi znany Wrona. Zmierzył mnie niechętnym spojrzeniem, po czym teatralnie i przesadnie pocałował dziewczynę od kawy. Zupełnie, jakby chciał zaznaczyć, że jest jego własnością. Nie chciałem wdawać się w zbędne dyskusje, więc lekko zażenowany pożegnałem się i odszedłem. Chwilę później podbiegł do mnie Winiarski. Poklepał mnie po ramieniu przez chwilę milczał.
-Przynajmniej spróbowałeś- westchnął smutno – Następnym razem się uda. Na pocieszenie powiem ci, że dawałeś radę. Kobiety lubią wyrzeźbione ciała.
Zaśmiałem się pod nosem i pokręciłem głową. Michał był niereformowalnym kabareciarzem i właśnie w tym momencie zdałem sobie sprawę, jak bardzo to w nim lubię.
Ona:
 - Ja ciągle nie jestem pewna, czy to aby na pewno dobry pomysł – powątpiewałam.
 - Oj, na pewno – uśmiechnął się promieniście Andrzej. – Musisz zobaczyć jak trenuję, noooo…
 - Ja cię nie prowadzam na wykłady – pokręciłam głową.
 - Anitko – popatrzył błagalnym wzrokiem.
 - Wiesz czemu tego nie chcę – jeszcze raz spróbowałam.
 - Nie możesz wiecznie uciekać – powiedział Endrju. – Proszę.
Przewróciłam tylko oczami i wymaszerowałam z pokoju. Zaraz też wróciłam z kurtką do Wrony.
 - Jeden, jedyny raz – prychnęłam.
Andrzej cały się rozpromienił.
 - Uwielbiam cię – powiedział i zaraz też wyszliśmy z mieszkania i skierowaliśmy się w stronę hali.
 - Widzę, że komuś się udało wyciągnąć Anitę na trening – za chwilę dogonił nas Kłos.
 - Spadaj Karol – powiedziałam.
 - To niegrzeczne tak do przyjaciela – pokręcił głową.
 - Karol, jesteś moim bratem, a nie przyjacielem – odparłam. – Więc możesz iść albo szybciej, albo wolniej.
 - A nie mogę równo z wami? – spytał.
 - Nie – odparłam razem z Andrzejem.
Jednak Karol nie mógł iść ani szybciej, ani wolniej, bo właśnie dotarliśmy na halę.
Chłopaki ruszyli do szatni, a ja na trybuny. Dawno nie byłam na żadnej hali. Nie ciągnęło mnie tu od… paru lat. Ale nie ważne. Smętna historia na zimowy wieczór, nie teraz.
Gdy tylko Skra wysypała się na płytę boiska zauważyłam parę spojrzeń. Jedno rozmarzone Andrzeja, drugie wesołe Kłosa i parę innych. Zauważyłam też (o zgrozo) Piechockiego. Tak, tamtego dnia Wrona nieźle się uśmiał. I delikatnie mówiąc niekoniecznie przejmował się biednym kolegą. Chyba nie przypadli sobie do gustu.
Za chwilę jednak na halę wkroczył trener. Ciche śmiechy ucichły i zaczął się trening.
Kurde. Siatkówka ciągle nie straciła magii. Może to i była tylko namiastka prawdziwej gry, ale gdzieś tam było jakieś delikatne ukłucie. Szybko jednak odpędziłam te myśli i przyglądałam się siatkarzom, czy aby na pewno nie pomylę żadnego. Czasem przyłapywałam ich na zerkaniu z rozbawieniem w moją stronę. Zbyt dobrze znałam ten uśmieszek Kłosa. Nic dobrego się nie zapowiadało.
Po treningu i odstawionej komedii przez Kłosa, zaczęłam schodzić z trybun. Wszakże trzeba powitać swego dzielnego wojownika, gdy nagle…
 - Prze-przepraszam. Głupie żarty kolegów – tak, Kacper. – Znamy się?
Chyba wszystko wyśpiewały moje gorące i zapewne – czerwone – policzki.
 - Wszystko jasne – wskazał na mnie palcem. – To ty wylałaś na mnie kawę!
 - Teraz jesteśmy kwita. Ja wpadłam na ciebie, ty na mnie – posłałam mu jeden z moich najbardziej udanych uśmiechów. Za tą kawę mu się należało.
Delikatnie wykrzywił kąciki ust do góry. Wyglądało to naprawdę uroczo. Nieczęsto spotyka się takich jak on. Mimo wszystko, nie był taki znów wściekły.
 - Może to nie przypadek? – przerwał ciszę.
 - Myślisz, że mamy razem uratować świat? – rzuciłam ze śmiechem. Stara, dobra szkoła brata.
 - Kto wie? – odparł i pokazał muskuły.
Znad jego ramienia ujrzałam Andrzeja. Miałam potwierdzenie, że nie pałali do siebie sympatią. Patrzył na niego jakby blondyn co najmniej zabił mu matkę (pani Wrona miewała się świetnie, spokojnie). O czym pocałował mnie na przywitanie. Chyba trochę się denerwował, bo delikatnie drżała mu warga. Ale nie ważne.
Zaraz też Kacper zniknął z horyzontu.
 - Nie lubicie się – zauważyłam.
 - Nie bardzo – odparł.
 - Cóż, w takim razie wracajmy, żebyś nie musiał na niego patrzeć, bo jeszcze jakiej nerwicy dostaniesz – zaśmiałam się.
 - Wiesz… - zaczął, ale zamiast skończyć pocałował mnie w czoło.
Wychodząc z hali spojrzałam jeszcze na Kacpra. Widziałam jak gada z Winiarskim. Zabawne, bo nawet nie zna mojego imienia. Ale to się zmieni. Drogi Kacprze, przypadków nie ma, oj nie.
~*~
Co do nagrody... taaa.... pojawi się. Na pewno. Ale kiedy to nie wiemy.

Rozdział 5

Ona:
 - Pięknie wyglądasz – szepnął mi na ucho Andrzej.
 - Dziękuję – uśmiechnęłam się. – Ty nie gorzej się prezentujesz.
 - A dziękuję również – posłał mi uśmiechnięte spojrzenie. – A miała być zwykła kolacja.
 - Z tobą i Karolem nigdy zwykła nie będzie – zaśmiałam się. – Jesteście wybitnym duetem.
 - Na co ty i Ola się porwałyście? – zawtórował mi.
 - No właśnie ja nie wiem – pokręciłam głową. – Jak widać jesteśmy jakieś dziwne.
 - Tak jak my dwaj? – spytał.
 - Tak – przytuliłam się. – Chodźmy, pewnie już na nas czekają.
Faktycznie, przed budynkiem stał Kłos z Olą, jednak chyba nie bardzo przejęli się tym, że trochę się spóźniliśmy. Przytuleni do siebie szeptali sobie czułe słówka. Uśmiechnęłam się tylko pod nosem i stanęłam w pewnej odległości, na torze wzroku Kłosa.
 - O już jesteście – powiedział po dokładnie siedmiu minutach i czternastu sekundach. – Więc chodźmy.
Tak też zrobiliśmy. Dziś zdałyśmy się na chłopaków, którzy gdzieś nas zaczęli prowadzić. Trochę się denerwowałam, bo znając Karola i Andrzeja wiedziałam jakie dziwy mogą z tego wyniknąć. Niebezpieczeństw było wiele, ale w przypadku podwójnej randki były raczej zniwelowane do minimum. Ale jakby co były dwie osoby do skrytykowania. Raczej nie zaryzykowaliby czegoś głupiego. Nie przy mnie i Oli.
 - Jak miło – stwierdziła dziewczyna, gdy już dotarliśmy na miejsce.
Faktycznie. Kawiarnia była miła i przytulna. Nie spodziewałam się czegoś takiego po chłopakach.
 - No, no panowie – uśmiechnęłam się. – Postaraliście się.
 - Wszystko dla naszych pięknych pań – powiedział Andrzej całując mnie w czoło. – Zapraszamy.
***
 - Udało nam się popołudnie – powiedziałam już leżąc na kanapie z pilotem w ręku.
 - Przez grzeczność nie zaprzeczę – uśmiechnął się Andrzej.
Usiadł obok, a ja się w niego wtuliłam. Chwilę się pokręciliśmy i usiedliśmy tak, żeby było nam obojgu wygodnie, ale też żeby było widać telewizor. Chwilę siedzieliśmy w milczeniu przerywanym tylko jakimś głupim programem. Jednak Andrzej wyłączył telewizor.
 - I co robimy? – spytałam.
 - Nie wiem – powiedział. – Ale nie mam zamiaru bezczynnie siedzieć na tyłku i tracić resztki dnia.
 - Jakiś szalony pomysł? – spytałam.
 - Tak – powiedział.
Po chwili gonił mnie alejkami w jednym z większych bełchatowskich parków. Śmiałam się do rozpuku, a on razem ze mną. Niestety, on miał dłuższe nogi i za chwilę już tkwiłam w jego objęciach, patrząc mu w oczy.
 - Nareszcie – powiedział.
 - Złapałeś mnie? – spytałam.
 - Nie – odparł. – Nareszcie mogę cię bezkarnie przytulać i całować.
Jak powiedział tak zrobił. Zaraz też poczułam jego usta na swoich. W tym momencie niewiele więcej było mi potrzebne do szczęścia. Gdy już oderwaliśmy się od siebie wziął mnie delikatnie za rękę i poprowadził w pewnym kierunku. Po kilku chwilach doszliśmy do małego jeziorka ukrytego pośród drzew.
 - Jak pięknie – powiedziałam.
 - Prawda? – wyraźnie był z siebie dumny. – Cieszę się.
 - Z czego? – przekręciłam głowę w jego stronę.
 - Że jest jak jest – powiedział. – Jak dla mnie już nic nie musi się zmieniać.
 - Jak uważasz – uśmiechnęłam się.  – Ja jednak lubię zmiany.
 - Ale małe – powiedział. – Nad dużymi trudniej zapanować.
 - To dlatego tak trudno panować nad światem – zamyśliłam się.
 - Wracajmy do domu moja filozofko – zaśmiał się Andrzej i ruszyliśmy okrywającym się zmierzchem Bełchatowem.
 - Jutro jedziecie? - spytałam.
 - Niestety - odparł Andrzej.
 - Aha - zakończyłam rozmowę.
On:
Nieubłaganie zbliżał się pierwszy wyjazdowy mecz. Nie miałem ochoty na wycieczkę z resztą klubu. Byłem nowy, więc czekał mnie prawdziwy chrzest bojowy. Biorąc pod uwagę fakt, że z moim transferem wiązały się pewne wątpliwości mogę spodziewać się, że przez najbliższe dwa tygodnie nie będę siadał. Byłem świadkiem wielu podobnych przedsięwzięć, kilka nawet sam organizowałem. Koledzy nie będą dla mnie łaskawi, to jedyna rzecz, której jestem naprawdę pewien. Westchnąłem. Spakowałem do torby ostatnią koszulkę i zasunąłem ją sprawnie. Nagle usłyszałem dzwonek mojego telefonu. Bez patrzenia na wyświetlacz nacisnąłem zieloną słuchawkę.
-Jesteś gotowy na lanie?- jej melodyjny głos sprawił, że poczułem dreszcze na całym ciele
-Mógłbym się nagle rozchorować… -udawałem zamyślonego
-Tchórz- wydała na mnie srogi sąd- Co z ciebie za facet?
-Kolejna osoba, która twierdzi, że żaden- westchnąłem teatralnie
-Czyli poznałeś tam jakąś ciekawą koleżankę?
-Raczej kolegę- chrząknąłem
-Skoro tak, to uważaj na siebie- zachichotała
-Trzymaj kciuki, żeby chrzest był łagodny.
-Możesz być pewny… - urwała- Przepraszam, ale muszę kończyć, trzymaj się!- dodała po chwili ciszy
Rozłączyłem się i spojrzałem na zegarek.  Za dziesięć minut musiałem być pod halą. Pospiesznie chwyciłem torbę i wyszedłem z mieszkania starannie zamykając drzwi.
***
Hotel, w którym mieliśmy nocować był całkiem spory. Bielone ściany z dodatkami czarnego, ozdobnego kamienia dodawały uroku temu miejscu. Rozejrzałem się po okolicy i złapałem kilka haustów świeżego, wieczornego powietrza. Poczułem, że ktoś klepie mnie po ramieniu.
-Chrapiesz?
-Co?- odwróciłem się i zobaczyłem Kłosa –Nie –dodałem po chwili z nutą podejrzliwości
-To dobrze, wszyscy, którym proponowałem wspólne mieszkanie, w nocy zamieniają się w niedźwiedzie – próbował naśladować chrapanie swoich kolegów
Pokiwałem głową ze zrozumieniem. Z jednej strony cieszyłem się, że pokój będę dzielić  z Kłosem, z drugiej doszukiwałem się podstępnej intrygi w nagłej sympatii Karola.
Weszliśmy do eleganckiego holu, odebraliśmy specjalne karty i udaliśmy się do swoich tymczasowych lokum. Kiedy Karol otworzył mocne, drewniane drzwi naszego pokoju moim oczom ukazało się całkiem spore pomieszczenie utrzymane w bieli i brązach. Na środku stały dwa pojedyncze łożka, które oddzielały etażerki z ustawionymi na nich fikuśnymi lampkami. Na idealnie białej poduszce leżała mała czekoladka. Zdecydowanie i szybko zająłem łóżko bliżej łazienki. Ustawiłem swoją torbę obok i nie zważając na perfekcyjną czystość pościeli położyłem się. Karol cały czas coś mówił, miałem wrażenie, że nie robi przerw nawet na wzięcie oddechu. Opowiadał głownie o tym, jak ciężko mieszka się z Andrzejem i o swojej dziewczynie. Przytakiwałem grzecznie, kiedy mogłem wcinałem jakiś komentarz, na które zazwyczaj reagował śmiechem albo pełnym zrozumienia potakiwaniem głowy.
-Dobrze sobie tak czasem pogadać- westchnął lekko –Pójdę kupić wodę, czy coś- wskazał palcem na drzwi i nie czekając na moją odpowiedź wyszedł
Miałem wrażenie, że to we mnie tkwi problem. Chłopaki zaczynają się do mnie przekonywać, nasze stosunki są coraz lepsze, a mi nadal wydaje się, że coś jest nie tak. Może to dlatego, że wiedziałem co mnie czeka. Szybko jednak odgoniłem te myśli i poszedłem do łazienki, aby choć trochę odświeżyć się po długiej podróży.
***
-Przyniosłem ci wodę – Karol podał mi butelkę
-Dzięki- powiedziałem nieufnie i odstawiłem napój na szafeczkę obok
-Nie napijesz się?- spytał
-Aż tak ci na tym zależy?
-Zrobisz, jak zechcesz. Chciałem być tylko dobrym kolegą…
Miejmy to za sobą-pomyślałem – Odkręciłem butelkę i przechyliłem ją łapiąc mały łyk. Szybko jednak wyplułem wywar.
-Co to jest?!- krzyknąłem krzywiąc się
Miałem wrażenie, że ktoś dodał tam chrzanu, potu konia i mnóstwa cytryn, a wszystko okrasił zapachem swojej starej, treningowej skarpety.
-Słodki początek – uśmiechnął się Karol
Chwilę później światło w pokoju zgasło. Słyszałem, jak otwierają się drzwi i ktoś wchodzi. Złapali mnie, związali oczy, a na koniec wyprowadzili z pomieszczenia. Próbowałem się bronić, ale przygotowali się na taką opcję i przyszło ich kilku. Przez moją głowę przeszło wiele lepszych i gorszych scenariuszy.
***
Znajdowałem się w pomieszczeniu, które trochę przypominało piwnicę, ale biorąc pod uwagę praktyczne możliwości mógł być to schowek na szczotki. Była tu cała drużyna. Odwiązali mi oczy, ale za to nie mogłem się ruszyć, bo użyli wstążki do przytwierdzenia mnie do krzesła. Na stoliku obok stały różnorodne miski z zawartościami, których sam kolor przyprawiał o mdłości.
-Mamy nadzieję, że nie pogniewasz się na nas zbyt bardzo – powiedział Wlazły – Przez o musi przejść każdy – dodał po chwili
-Masz całkiem łagodne zadanie – Kłos pokiwał głową
Zdrajca.
Wrona energicznie wstał z krzesła i wziął pierwszą miskę.
-Przygotowaliśmy ci dziesięć smacznych deserów. Po wybranych trzech możesz wypłukać usta wodą.
Podał mi łyżkę z zielonkawą, galaretowatą substancją. Chwilę później wylądowała ona na jego koszulce.
-Chyba zaczynam cię lubić- roześmiany Winiarski otarł łzę spod oka
-Mów za siebie –powiedział zdegustowany Wrona- Jak chcesz rzygać, to chociaż na ziemię.
-Przecież to tylko smaczny deser- popatrzyłem na niego, a chórek kolegów zaczął mnie dopingować
Zapowiada się ciekawa i długa noc.

Rozdział 4

On:
Kilkukrotnie zamrugałem oczami w nadziei, że rażące światło przestanie być nieznośne, a ja zdam sobie sprawę, gdzie jestem. Coś uwierało mnie w plecy, moja noga znajdowała się nienaturalnie wysoko i do moich uszu docierało rytmiczne chrapanie. Podniosłem głowę jedynie na chwilę. Przeraźliwy ból przeszył moją czaszkę. Położyłem ręce na twarzy.
-Wstawać lenie! – usłyszałem krzyk
-Nie masz serca, idioto! – odpowiedział ktoś
Do tego, po pokoju rozniósł się chór, zawodzącego: „Moja głowa”. Ponownie postanowiłem się podnieść. Leżałem na ręku Wlazłego jednocześnie trzymając nogi na plecach Wrony. Faktycznie się wczoraj zaprzyjaźniliśmy. Czym prędzej podniosłem się z kanapy i rozejrzałem po pokoju. Reszta chłopaków rozłożona była w różnych dziwnych pozycjach po pomieszczeniu. Wszyscy zgodnie trzymali się za głowy.
-Wstawać i spadać stąd! – krzyczał Włodarczyk  -Nie mam całego dnia.
-Stary, daj żyć – Wrona wyglądał naprawdę nieciekawie
Zdecydowanie potrzebowałem kawy. Jako iż nie miałem szansy na napicie się tegoż cudownego napoju tutaj postanowiłem pójść do najbliższego miejsca, gdzie mogę go dostać. W portfelu powinienem mieć jeszcze trochę pieniędzy, o ile nie przepuściłem wczoraj wszystkiego na wysokoprocentowe wytwory barmana. Wstałem, założyłem kurtkę i krzycząc coś na pożegnanie wyszedłem z mieszkania Kłosa. Skierowałem się w stronę popularnego Fast fooda. Otworzyłem drzwi i usiadłem przy jednym ze stolików. Chwilę później obok znaleźli się Conte i Uriarte. Usłyszawszy zachcianki kolegów poszedłem złożyć zamówienie. Niestety drogę zagrodziła mi dziewczyna z kawą. Nim się obejrzałem czarny wywar, którego tak bardzo pragnąłem wylądował na mojej koszuli, a gorąco uderzyło w klatkę piersiową.
-Sorry – usłyszałem, co tylko mnie rozwścieczyło, bo irytowało mnie, gdy ktoś zapominał, że w naszym języku mamy równie piękny odpowiednik tego angielskiego słowa.
-Patrz, jak chodzisz – odburknąłem
Ona odeszła, a ja zostałem z wielką plamą. Typowa historia miłosna, niczym z niskobudżetowego filmu dla zdesperowanych kobiet. Westchnąłem głęboko, podjąłem marną próbę wyczyszczenia zabrudzenia i ponownie stanąłem w kolejce.

***
Kiedy Facu udał się w stronę toalet zapytałem:
-Właściwie dlaczego mi pomagasz?
Nastała chwila niezręcznej ciszy, a odpowiedź ciążyła między nami.
-Nie jestem gejem, spokojnie – zaśmiał się
Nim zdążyłem otworzyć usta dodał:
-Wiedziałem, że o to zapytasz, ale spokojnie. – upił łyk kawy – Lubię piękne kobiety, szybkie samochody i dobre whisky – uśmiechnął się
-Nie myślałam o tym – pokręciłem głową lekko zszokowany
-Akurat. Powiedzmy, że w jakiś sposób cię rozumiem i tyle powinno ci wystarczyć – wstał od stolika i po prostu wyszedł.
Czasami faceci są bardziej skomplikowani, niż kobiety.

Ona:
 - Anita – usłyszałam głos Kłosa. – Co ty tu jeszcze robisz?
 - Jak to co? – spytałam rozespana. – Próbuję spać.
 - Ale jest wpół do dziewiątej! – powiedział.
 - COOOOO!? – wrzasnęłam na pół Bełchatowa.
Więcej nie było mi trzeba. Chwała Ci Boże za Kłosa w moim mieszkaniu. Później dowiem się czego chciał. Na razie muszę zdążyć na autobus!
Szybko wciągnęłam jeansy i pierwszą uprasowaną bluzkę. Na to bluzę, na nogi schodzone trampki i sprint na przystanek. Na moje szczęście autobus właśnie zajechał. Odpowiedni. Jeszcze raz chwała Ci Boże, tym razem za kartę miejską. I brak potrzeby martwienia się o bilet. Gdy dojechałam do odpowiedniego przystanku zostało mi jeszcze piętnaście minut. Chyba zdążę do Maca na kawę i może sałatkę. Brak śniadania dawał mi się lekko we znaki.
Na moje szczęście (chyba Ktoś tam na górze mnie lubi) nie było kolejki. Szybko poszło również zamówienie. Zaraz też w ręku miałam ciepłą kawę (która więcej miała wspólnego z mlekiem niż kawą) i wcinałam sałatkę. Na moje nieszczęście nie patrzyłam pod nogi i niestety moja kawa wylądowała na koszuli jakiegoś chłopaka.
 - Sorry – powiedziałam i zobaczyłam godzinę. – O kur… – nie dokończyłam.
 - Patrz jak chodzisz – zbulwersował się tamten.
 - Chętnie bym się pokłóciła, bo jestem w tym mistrzem, ale niestety spieszę się na zajęcia – powiedziałam i pędem popędziłam w stronę uniwersytetu. Na aulę wpadłam idealnie. Gdy tylko siadłam wszedł profesor Marcinek. I jak to w jego zwyczaju, zamkną aulę na klucz ze słowami:
 - Lepiej być trzy godziny wcześniej, niż o minutę za późno. Kto to powiedział?
I tak potoczyły się wykłady o czystej ekonomii. Dzisiejsze hasło: „Czy każdy pieniądz to naprawdę czas?”. Nie pytajcie.

***
 - Co tak właściwie robiłeś u mnie rano? – spytałam Karola, gdy tylko pojawił się u mnie po treningu.
 - Aaa… w sumie… – zaczął się jąkać. – Chciałem cię o czymś uprzedzić.
 - O czym? – uniosłam brwi.
 - No… bo… Andrzej wycisnął ode mnie co powiedział, jak się upił – zwiesił głowę Kłos.
 - Ty to pamiętasz, a on nie? – zdziwiłam się lekko.
 - Na mnie procenty działają wolniej – powiedział.
 - Nie procenty, tylko promile – powiedziałam. – Najwyższa dawka jaką do tej pory spożyto to niecałe dwa procent, a dokładniej dziewiętnaście promili z kawałkiem.
 - Matematyczka – prychnął Kłosik.
 - Czyli powiedziałeś Andrzejowi, co on powiedział mi? – tak, logiki w tym mało.
 - Tak – potwierdził.
 - I jak to przyjął? – zainteresowałam się.
 - Spokojnie – stwierdził Karol. – Spytał tylko czy to aby nie czas na trening. Propos, zaraz tu będzie.
 - Więc się zmywaj – poradziłam.
 - Tak chyba będzie lepiej dla naszej trójki – powiedział, po czym wziął ostatniego naleśnika na sucho i wybył z mieszkania. Zaraz też usłyszałam kroki drugiego środkowego.
 - Był Kłos, czy zaraz przyjdzie? – spytał Andrzej.
 - Już spałaszował pół naleśników, więc nie, nie przyjdzie – powiedziałam.
 - Czemu mi nie powiedziałaś? – spytał wbijając we mnie wzrok.
 - Słowa pijanych to myśli trzeźwych Andrzej – odparłam. – Daję ci szansę. Poza tym głupio by wyszło, gdybyś to usłyszał ode mnie.
 - Fakt – położył dłonie na blacie tak, że nachylił się do mnie i nie mogłam odwrócić od niego wzroku. – To czy teraz mogę ci to powiedzieć?
 - Zasadniczo nie musisz mówić – uśmiechnęłam się. – Możesz coś zrobić.
Pocałował mnie. Delikatnie, czule, namiętnie. Czułam jego miękkie wargi na swoich.
 - To co teraz? – spytał, gdy się odsunął.
 - Najpierw powiesz mi co było na treningu – podeszłam do niego. – A potem możemy omówić parę spraw.
 - Na treningu nie było nic spektakularnego – powiedział. – Tylko nasz nowy libero, wiesz ten Kacper miał dziś koszulę w kawie.
 - Jak to w kawie? – spytałam.
 - No, ktoś mu rozlał kawę na koszuli… - powiedział Wrona.
 - Upss… – chyba można mu opowiedzieć dzisiejszy ranek.

Rozdział 3

Ona:
 - Naprawdę było aż tak źle? - spytał Andrzej.
 - Wrona, pytasz mnie o to drugi tydzień! - warknęłam.
 - Bo wiem, że nie mówisz mi wszystkiego! - zarzucił mi.
 - Nie wiem czy chcesz wiedzieć - wyszłam z jego mieszkania.
***
Dwa tygodnie wcześniej:
- No chłopcy, czas kończyć imprezę - powiedziałam koło pierwszej.
 - Ale czeeeemu? - zaczął jęczeć Karol. Popatrzyłyśmy na siebie z Olą.
 - Bo masz jutro trening i trener cię zabije jak nie przyjdziesz - powiedziałam.
 - Okeej - zawlekłyśmy ich z Olą do samochodu.
 Gdy byłyśmy na miejscu stwierdziłam, że Andrzej nie ma kluczy do mieszkania. Swojego.
 - Dobra, Ola - powiedziałam. - Zostaniesz z Kłosikiem, a jak zajmę się Wronką.
 - Jesteś pewna? - spytała.
 - Bo to ile razy razem nocowaliśmy - wzruszyłam ramionami. - Parę razy byli upici.
 - Okej - przełknęła ślinę. - Ale nic nie będzie przeze mnie, ok?
 - Okej - powiedziałam - Biorę pełną odpowiedzialność. No chodź Andrzejku.
 - Anita? - spytał, gdy weszliśmy.
 - Tak, tak Andrzejku - zawsze tak do niego mówiłam, gdy był pijany. - Położymy się zaraz i wszystko zapomnisz.
Postanowiłam położyć go w sypialni. Prześpię się na kanapo-tapczanie w salonie Wiedziałam, że nie warto kupować zwykłej kanapy. Zawsze mogą się zdarzyć niespodziewani goście.
 - Anita - powiedział Wrona.
 - Andrzejku, naprawdę możesz powiedzieć coś oprócz mojego imienia - powiedziałam.
 - Tak? - zamrugał sennymi oczami. - Wszystko?
 - Tak - powiedziałam.
 - Ale wszystko, wszystko? - dopytał. 
 - No może nie do końca wszystko - powiedziałam. - Nie mam zamiaru słuchać niczego o Kłosie.
***
 - Anita! Włącz się! - przywołał mnie do porządku Wrona.
 - Chwila, chwila - popatrzyłam na niego spode łba. - Co ty tu robisz?
 - Szczerze, liczyłem, że masz coś do jedzenia, a po drugie jakoś nie chce mi się siedzieć z wkurzonym Kłosem - powiedział.
 - Wkurzonym? Kłosem? - zdziwiłam się.
 - No tak - odparł. - Się biedak pokłócił z Olą i nie wie jak ją przeprosić - wzruszył ramionami środkowy.
 - Kwiatki, czułe słówka, ładny zapach, koszula - wyliczyłam. - Powinno styknąć.
 - Ty i te twoje słowotwórstwo - przewrócił oczami.szatyn.
 - Jakoś ci to nie przeszkadza - fuknęłam.
 - Nie przeszkadzało - powiedział. - No weź powiedz, co takiego zrobiłem.
 - A coś zrobiłeś? - spojrzałam na niego.
 - Na pewno - potwierdził. - Mam takie dziwne wrażenie, że coś się stało.
 - Jak widać tylko kobiety mają dobrą intuicję - powiedziałam. - Poza tym, chyba się umówiliście z Wojtkiem.
 - Dziś... czwartek? - zapytał.
 - Jak najbardziej - powiedziałam.

 - Czyli faktycznie musimy iść po Karola do jaskini lwa – wzruszył ramionami.
 - Jak to my? – zdziwiłam się.
 - Będziesz nam pomagała w bitwie – zakomunikował Endrju.
 - No chyba żartujesz – powiedziałam.
 - Nie, ubieraj się – pokręcił głową. – Jesteśmy tu za dziesięć minut.
Czekajcie, czekajcie. Kto chciał, żebym tu przyjechała, bo będzie fajnie? Ach tak, mój brat. Skrócę go o głowę niedługo. Jak tylko się zobaczymy. Żartuję, żartuję. Albo wcale nie?
On:
Bezmyślnie chodziłem po Bełchatowie. Rozglądałem się w poszukiwaniu ciekawych miejsc, ale tak naprawdę chciałem po prostu ochłonąć. Zbyt wiele dzieje się w ostatnim czasie w moim życiu. Potrzebuję chwili wytchnienia, miotam się, próbuję znaleźć swoje miejsce, kiedy wszyscy inni chcą ustawiać mnie w określonych szufladkach, miejscach i pozycjach. Każą robić i mówić to, co im się podoba. Kopnąłem leżący na chodniku kamyk, tak, że potoczył się pod czyjś but. Podniosłem głowę. Zobaczyłem Uriarte.
-Co tutaj robisz? – spytałem
-Mógłbym powiedzieć to samo, ale wydaje mi się, że ludzie czasem wychodzą z domów, więc nie dziwię się, że cię spotkałem.
Pokiwałem głową, czując się pokonany. Spojrzałem przed siebie.
-Masz jakieś plany na wieczór? –usłyszałem jego głos
-Nie – odparłem
-To dobrze – pokiwał głową – Idziemy z chłopakami do klubu z okazji inauguracji sezonu. Pójdziesz z nami.
-Widzę, że już postanowiłeś. Zupełnie, jak mój ojciec- pomyślałem – Raczej nie będę tam mile widziany – dodałem po chwili
-Zamiast się nad sobą użalać mógłbyś zintegrować się z zespołem. Zachowujesz się, jak ofiara losu.
-Dzięki- odparłem z przekąsem
-Jesteś facetem, chyba potrafisz przyjąć prawdę.
Prychnąłem cicho i zacząłem zastanawiać się nad tym, co powiedział. Może miał w tym trochę racji? Faktycznie zbytnio użalam się nad sobą. Pójdę do tego klubu, pogadam z resztą zespołu, może coś się zmieni. Wszystko jest lepsze, niż bezczynne czekanie na rozwój wypadków.
-Gdzie i o której? – spytałem rzeczowo
-Dwudziesta, klub „3 metry”. Wiesz, gdzie to jest?
-Poradzę sobie – odparłem i przyspieszyłem kroku wybąkując jeszcze jakieś pożegnanie.
***
Punkt dwudziesta pojawiłem się pod klubem, którego adres wcześniej sprawdziłem w Internecie. Przy wejściu zobaczyłem kilku chłopaków z drużyny. Już chciałem przemknąć obok, niezauważony, ale przypomniałem sobie słowa Uriarte. Muszę wreszcie wziąć życie w swoje ręce, zamiast ciągle narzekać.
Kiedy podszedłem i przywitałem się zobaczyłam, że większość z nich ma niechętne miny, z lekkim wyrzutem spogląda na Nicolasa. Początkowo poczułem się urażony i już chciałem spokojnie odejść, kiedy znowu coś mnie tknęło. Jeżeli chcę, żeby zmienili o mnie zdanie nie mogę zachowywać się, jak baba. Po chwili wszyscy razem weszliśmy do prawdopodobnie najlepszego klubu Bełchatowie.
***
Spore ilości napojów procentowych oraz kilka godzin wystarczyły, aby chłopaki chcieli zacząć rozmawiać.
-To jest dla mnie naprawdę porażka i brak jakiegokolwiek kręgosłupa moralnego- Wrona pokręcił głową
-Ile razy mam wam mówić, że to wina mojego ojca?
-Wyluzujcie, jesteśmy tu po to, aby się bawić – Wlazły starał się nas uspokoić
-Niby dlaczego właśnie teraz nie mielibyśmy sobie wszystkiego wyjaśnić? – Wrona wciąż atakował
-Jutro i tak nie będziesz tego pamiętał.
Gromki wybuch śmiechu przerwał naszą rozmowę. To dziwne, że pijanych facetów śmieszyły skutki tegoż stanu. Chociaż nie potrafię wyjaśnić czemu, z moich ust wydobywał się głos zadowolenia
-Dobra, uznajmy, że cię zaakceptuję- wskazał na mnie palcem – Musimy wypić na zgodę.
Wzruszyłem ramionami i chwyciłem kieliszek. W tym momencie naprawdę nic mnie nie obchodziło. Bawiłem się dobrze i to było najważniejsze.